niedziela, 15 października 2017

Kot Georges Simenon

Żyli więc obok siebie, ale osobno, drażniąc się nawzajem każdym gestem, każdą intonacją (Str.90)
Ten cytat doskonale oddaje klimat opowieści.
Dwoje starych ludzi mieszka w jednym domu; ona krucha, dystyngowana, właściciela kilku domów, wdowa po muzyku Opery Paryskiej, on emerytowany murarz, lubiący dobrze zjeść i od czasu do czasu zabawić się z kobietą, także wdowiec. Od kilku lat przestali ze sobą rozmawiać, porozumiewają się wyłącznie za pomocą karteczek z krótkimi komunikatami. Każde ma własny kredens i samo przygotowuje sobie posiłki i choć bacznie się obserwują, kiedy to drugie nie patrzy, to do perfekcji opanowali sztukę unikania się, tak, aby żadnej czynności nie wykonywać wspólnie, tak, aby nigdy się nie dotknąć. Skąd ta obojętność podszyta nienawiścią. Każde zna (lub wydaje mu się, że zna) doskonale myśli i niewypowiedziane słowa drugiego. Będący zarzewiem tego tragikomicznego konfliktu kot (jedyny przyjaciel Emila), czy papuga (powiernica Małgorzaty) stanowili jedynie pretekst. Narastająca od kilku lat gęsta atmosfera w domu Małgorzaty i Emila nieuchronnie prowadziła do wojny. 
Ona – żyła we własnym, nierzeczywistym świecie, który ubarwiała po swojemu. I nagle okazało się, że musi znosić mężczyznę z krwi i kości, hałaśliwego, o ciężkim chodzie, który pali cuchnące cygara i wydziela zwierzęcy zapach. (str. 90).
On – po ślubie poczuł się, jak tania siła robocza, służący, który naprawi cieknący kran, narąbie drewna, rozpali w kominku i bezszelestnie zniknie z pola widzenia.
Zachowanie dwojga staruszków jest irytujące, ile lat można tak chować urazę. Emil nie daje nawet dojść do głosu Małgorzacie. Naprawdę nie wiadomo, czy kobieta dopuściła się tego, o co oskarża ją mąż. Tylko, czy może to jeszcze mieć jakiekolwiek znaczenie.
Kot stanowi doskonałe studium dwojga ludzi, którzy choć się nienawidzą nie mogą bez siebie żyć. Z przyzwyczajenia? strachu? uzależnienia, a może jakiegoś rodzaju miłości? 
Warto poświęcić kilka godzin, aby przeczytać tę 140 stronicową mini powieść. 
Simenon potrafi doskonale zagłębić się w psychikę swych bohaterów, co można też zauważyć czytając inną mini powieści tego autora Premier
I znowu problem z kwalifikacją (literatura francuska czy belgijska; z pochodzenia Belg, pisał po francusku).
Książka przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny.


niedziela, 8 października 2017

Twój Vincent najbardziej malarski obraz, jaki oglądałam w kinie

Vincent
O filmie słyszeli pewnie już niemal wszyscy. Powstały w polsko-brytyjskiej koprodukcji film z dużymi szansami na nominacje do Oskara, w dodatku film, który nie podzieli rodzimej widowni (choć tutaj niczego nie można być pewnym), to nieczęste ostatnio wydarzenie.
Film animowany stworzony techniką malarską, co oznacza, iż gra aktorów (ucharakteryzowanych na sportretowane przez Vincenta postaci mu współczesnych) została namalowana farbami olejnymi w stylu twórczości Vincenta. 65 tysięcy obrazów namalowanych przez ponad 100 malarzy składa się na przepiękny obraz całości. Bohaterowie poruszają się wewnątrz autentycznych obrazów Vincenta; dla przykładu w kawiarni nocnej, pod rozgwieżdżonym niebem Arles, na topolowej alejce wiodącej na stare cmentarzysko Alyscamps, na żółtozłotych polach Prowansji, pod kościołem w Auvers i w wielu innych dobrze znanych wielbicielom Van Gogha
Armand Roulin syn przyjaciela Vincenta naczelnika poczty Josepha Roulin
miejscach. Obrazy ożywają na ekranie, aktorzy sprawiają wrażenie, jakby byli wciąż od nowa malowani. Oglądamy aktora, aby za chwilę oglądać jego portret, który porusza się, mówi, żyje. A wszystko nasycone barwami, pulsujące, wirujące, w ruchu, jakby malowane na naszych oczach tylko w przyspieszonym tempie. Oglądanie tego filmu to prawdziwa uczta duchowa, myślę, że nie tylko dla wielbicieli sztuki, a dla nich absolutne must see. Dla osób, które trochę znają dzieła Van Gogha dodatkową atrakcją będzie rozpoznawanie obrazów wykorzystanych w filmie, a dla podróżników odnajdywanie namalowanych przez Vincenta widoków Prowansji. 
Co do warstwy fabularnej ta jest zdecydowanie słabsza. Malarz został przedstawiony dość jednowymiarowo, jako; wrażliwy, subtelny, zalękniony, introwertyk, niezwykle osamotniony. Zupełnie pominięto te cechy malarza, które charakteryzują jego osobę w powszechnym odbiorze; furiata, awanturnika, pijaka, bywalca burdeli. Rozumiem motyw działania pomysłodawców, skupienie się na człowieku i jego dramacie niezrozumienia przez otoczenie, ale jednak taki obraz jest nie do końca prawdziwy. Tylko, myślę, że pomysłodawcom nie o to tutaj chodziło. Nie o

Armand w kawiarni nocą w Arles
tworzenie psychologicznego portretu Vincenta, a raczej złożenie hołdu malarzowi poprzez ożywienie jego twórczości, zaciekawienie osobą twórcy, ocieplenie funkcjonującego w świadomości powszechnej obrazu szaleńca, obrazu także nieprawdziwego, bo Vincent to przecież postać dużo bardziej złożona i wymykająca się prostym etykietom. Ponadto pomysłodawcy filmu chcieli skupić się na próbie wyjaśnienia zagadkowej śmierci malarza, dlatego fabuła opiera się na detektywistycznej historii poszukiwania adresata ostatniego listu Vincenta przez Armanda Roulin. Rzecz dzieje się dwa lata po śmierci Vincenta. Młody człowiek początkowo nie darzy sympatią nieżyjącego malarza (jak większość mieszkańców miasteczka uważa go za wariata i dziwaka, niezasługującego na szacunek), zostaje jednak przekonany przez ojca, aby spełnić ostatnią wolę Vincenta. Udaje się na poszukiwanie; najpierw Theo, potem doktora Gacheta, a w końcu Jo Van Gogh. Spotykając się z ludźmi, którzy znali malarza próbuje wyjaśnić zagadkę tajemniczej, samobójczej (?) śmierci artysty. Tyle, że poznając kolejne hipotezy wcale nie przybliża się do rozwiązania zagadki. Niemniej każda z przedstawionych hipotez wydaje się prawdopodobna i do nas należy, w którą uwierzymy.
Adeline Ravoux
Jak wspomniałam fabuła jest dosyć prosta, co pozwala w pełni skupić się na warstwie wizualnej filmu. Osoby zaznajomione z biografią malarza nie dowiedziały się z filmu niczego nowego, jednak dla osób, które nazwisko malarza kojarzą jedynie ze słonecznikami, gwieździstą nocą i obciętym uchem będzie to okazja do lepszego poznania jego historii.
Wśród aktorów wystąpił w roli tytułowej jedyny Polak w obsadzie Robert Gularczyk. Kolejne polskie akcenty to reżyser Dorota Kobiela (we współpracy z Hugh Welchman). Ta dwójka wraz z Jackiem Dehnelem są twórcami scenariusza. Należy także wspomnieć przepięknie harmonizującą z opowiadaną historią muzykę Clinta Mansella. 
O ile staram się nie używać określenia magiczny, które uważam za nadużywane w blogosferze, tak tym razem zrobię wyjątek. Twój Vincent jest dla mnie obrazem magicznym, a jego magię może oddać w pełni jedynie duży ekran kinowy. Ogromna (tytaniczna) praca twórców (artystów) przyniosła wspaniały efekt. 
Gorąco polecam, zwłaszcza, iż ze zdziwieniem zauważyłam, że drugiego dnia emisji sala kinowa w sobotę wypełniona była jedynie w około 30 procentach. Za mała reklama, czy też etykieta filmu animacyjnego? 
Zwiastun filmu

Poniżej jak zmieniał się wizerunek aktora grającego Josepha Roulin na potrzeby filmu

Powiązane wpisy - Listy Vincenta do brata
Lektury Van Gogha - cz.1  (czyli co czytał i myślał na temat książek)
Lektury Van Gogha - cz. 2
Kobiety w życiu Van Gogha
Biografia I. Stone Pasja życia
W Muzeum Van Gogha w Amsterdamie
Śladami Van Gogha w Arles

Polecam też publikowane w Płaszczu zabójcy przez Piotra fragmenty listów Vincenta 

poniedziałek, 2 października 2017

Kapelusz cały w czereśniach Oriana Fallaci

Wydawnictwo literackie, wydanie pierwsze, rok 2012.
Kapelusz cały w czereśniach to wielopokoleniowa saga rodu Fallacich oraz wszystkich przodków ze strony matki, których geny dały życie i ukształtowały autorkę. Saga obejmuje okres od 1773 roku do dnia samobójczej śmierci prababki Oriany - Anastazji w 1889 rok, choć opowiadana historia wykracza poza sztywne ramy czasowe i momentami zazębia się ze zdarzeniami współczesnymi. Historia zaczyna się od wspomnienia przedmiotów znalezionych w przekazywanej z pokolenia na pokolenie skrzyni posagowej zawierającej najcenniejsze rodzinne pamiątki, a należącej do spalonej na stosie Ildebrandy. To owe pamiątki, albo raczej ich wspomnienie (bowiem sama skrzynia zaginęła w 1944 r. podczas działań wojennych) stanowią asumpt to poszukiwań w kronikach, dokumentach, księgach parafialnych, prasie sprzed wieków i coraz bardziej szwankującej pamięci najbliższych historii praszczurzyc i praszczurów. Oriana w niezwykle ciekawy sposób opowiada historię swych krewnych twierdząc, iż sama doskonale pamięta pewne zdarzenia z przeszłości, tak jakby była po części każdym ze swoich wcześniejszych wcieleń, tak jakby uczestniczyła w tych bolesnych i wzniosłych wydarzeniach, w których przyszło im brać udział. Przeczytawszy książkę doszłam do wniosku, że historia mojego kraju, mimo jej powikłania i wielu bolesnych kart, nie była aż tak skomplikowana i pokręcona, jak historia Włoch. Dziesiątki władających oddzielnie państewek włoskich, napadających na siebie nawzajem i napadanych przez obcych agresorów, ciągłe najazdy, powstania, rewolucje, zamieszki, bitwy, wojny, tumulty, wzajemne mordowanie się i zamykanie w więzieniach. Początek historii rodu wywodzi się od Carla Fallaci, młodego rolnika, wyjątkowo jak na koniec XVIII wieku wykształconego, bo potrafiącego czytać i pisać. Carlo miał ambicje zmienić swoje życie, uciec od ciasnych poglądów bogobojnych rodziców do Ameryki, poznać inny świat i rozpocząć nowe życie. Niestety splot okoliczności sprawił, iż chłopak pozostał w rodzinnej wiosce Panzano i związał swe dzieje z Cateriną, dziewczyną równie wyjątkową. Caterina szła pod prąd swoim czasom, jako wnuczka Ildebrandy nienawidziła księży i religii, zgodziła się oddać swoją rękę tylko takiemu człowiekowi, który nauczy ją czytać i pisać. 
Pisarka dokonała olbrzymiej pracy w poszukiwaniu źródeł dla odtworzenia historii rodu. Zbieranie materiałów oraz pisanie sagi, będącej rodzajem autobiografii zajęło jej dziesięć lat. Historia każdego z przodków osadzona jest w historii miasta/ państwa. Każda obejmuje rys historyczny, społeczny i obyczajowy, otoczenie, w którym żyli przodkowie pisarki nabiera kolorytu w taki sposób, że przenosi kilka wieków wstecz: na wybrzeża morskie, gdzie mieszkają ofiary pirackich napaści, na pokłady statków, na których jedni drugim gotują haniebny los niewolników, do miasteczek, w których purytańskie obyczaje skazują ludzi niepokornych na tułaczkę i poniewierkę, w sam środek bitew i rozlewu krwi, czy wreszcie na drugi kontynent, gdzie dogasa wojna północy z południem, a Indianie skalpują poszukiwaczy złota. 
Każda z historii mogłaby dostarczyć materiału na odrębną opowieść i z wszystkich tych opowiadań trudno byłoby wybrać najciekawszą. Bo jak porównać los Francesco, którego ojca porwali algierscy piraci robiąc zeń niewolnika, który odbył morderczą służbę na statku, aby stać się żeglarzem, a następnie stracił czterech synów, z losem rzeźbiarza Giobatty, uczestnika krwawych bitew, z losem nieślubnego dziecka polskiego bojownika walk o niepodległość. Tak, bo w żyłach Oriany płynęła też domieszka polskiej krwi. Stanisław, który nie dowiedział się o posiadaniu córki był prapradziadkiem Oriany. 
Historia przodków przeplata się z historią Włoch za czasów Napoleona, Garibaldiego, Wiktora Emanuela II. Przyznam, iż szczegółowość opisu owego historycznego tła, wielość nazwisk, potyczek, zdarzeń (istotnych dla ich uczestników, ale już mniej ważnych dla potomnych) nadawała realizmu opisu, ale momentami powodowała zmęczenie czasami bezowocną próbą przyswojenia informacji. Trud przebrnięcia przez te meandry opisów został wynagrodzony czytelnikowi odtworzeniem klimatu czasów, w jakich żyła Oriana w wszystkich swych wcześniejszych wcieleniach.
Autorka szczególną estymą darzy swoją prababkę Anastazję. Była ona nieślubnym dzieckiem Stanisława i Marguerite. Na jej życiorysie zaważył fakt, iż była osobą, która formalnie nie istniała, gdyż jako nieślubne dziecko musiała żyć w ukryciu. Jako młodziutka baletnica powiela historię swojej matki; ona także w ukryciu rodzi nieślubne dziecko i podrzuca je do przytułku (po latach odzyska córkę i będzie próbowała zrekompensować małej stracony czas). Następnie płynie do Ameryki, gdzie po wielu perypetiach (między innymi uniknięciu losu piątej żony Mormona, czy po napadzie Indian na wiozący ją dyliżans) prowadzi dom publiczny, zbiwszy majątek wraca do Włoch odzyskać córkę, stracić fortunę oraz zobowiązać kochanka do poślubienia przyszłej babki Oriany. Historie przodków Oriany aż proszą się o sfilmowanie. 
W opowieści zachwyca także opis drobiazgów, które dało tło opowieści, jak np. opis podróży Anastazji z Turynu, do Ceseny, dokąd ciężarna kobieta jechała urodzić swe nieślubne dziecko, z dala od wścibskich oczu znajomych.
Z Turynu do Ceseny można było dojechać bardzo dobrym pociągiem, który wyruszał o siódmej czterdzieści pięć rano. Przez Asti-Alleksandrię-Piacenzę-Parmę_Reggio_Emilię docierał o drugiej czterdzieści po południu do Bolonii, tutaj trzeba było przesiąść się do pociągu jadącego przez Imolę- Faenzę-Forli-Cesenę do Rimini, i docierało się do celu o szóstej po południu. Komfortowe były … wagony pierwszej klasy, wybudowane na wzór pociągów Bitish Railways. Bardzo eleganckie. W każdym przedziale, odizolowanym od innych, bo dostępnym tylko z zewnątrz, znajdowały się cztery miękkie czerwone fotele z podgłówkami, ozdobionymi brukselską koronką. Przed każdym fotelem stoliczek z dzbankiem świeżej wody, szklankami i serwetką. Na wykładzinie w stylu Aubusson szkandela z gorącą wodą, aby złagodzić zimno, i błyszcząca mosiężna spluwaczka. Na ścianach wyszukana mahoniowa boazeria. U sufitu żyrandol. W oknach muślinowe firanki. (str. 588). 
Jedyne uwagi, jakie mam do książki tyczą się wydawcy. Po pierwsze książka liczy ponad osiemset stron, co czyni ją szalenie nieporęczną w czytaniu. Trudno zabrać ją w podróż, jest ciężka i mdleją ręce od jej trzymania. Po drugie zabrakło mi rozpisania rodowodu – drzewa genealogicznego. Z posłowia wynika, iż w oryginale znajduje się rodowód rodu Fallacich. Liczne odniesienia w treści do wątków pobocznych mogły sprawić, iż poszczególne gałęzie rodu trochę się rozjechały.

Polecam lekturę.
Przeczytana w ramach stosikowego losowania u Anny.

czwartek, 28 września 2017

Doktor Żywago w Białymstoku, Edukacja Rity w Warszawie i Ewa z Supraśla

Fragment budynku OFP
Kilka miesięcy temu obejrzałam w warszawskim teatrze Ateneum spektakl Edukacja Rity. Ta uwspółcześniona wersja Pigmaliona, gdzie w rolę nauczyciela wcielił się Piotr Fronczewski (genialny pan Piotruś), zaś pojętną uczennicę zagrała Katarzyna Ucherska (i to jak zagrała) wywarła na mnie wyjątkowo dobre wrażenie. Może dlatego, że rzadko ostatnimi czasy zdarza mi się trafić na dobrze zagraną i choć nie zmuszającą do wysiłku intelektualnego, to przecież niegłupią komedię. Taką, w której widownia nie ryczy ze śmiechu oglądając ograne gagi, a jednak wychodzi z teatru rozbawiona. 
Ona, młoda fryzjerka marzy o awansie społecznym, chce czegoś więcej niż tylko codziennej rutyny u boku prymitywnego małżonka. On, nadużywający alkoholu profesor, niespełniony poeta bez entuzjazmu przyjmuje zadanie przekształcenia prostej dziewczyny w intelektualistkę. A w tle cudowna muzyka w wykonaniu Szczepana Pospieszalskiego - trzeci z bohaterów przedstawienia. Mocno zapadły mi w pamięć profesorskie wywody na temat omawiania książek. Otóż, kiedy mówisz o książce nikogo nie interesuje, jakie wrażenie ona na tobie wywarła, to, czy się tobie podobała, czy też nie, musisz dokonać oceny treści, formy, stylu, popierając argumentację nazwiskami uznanych autorytetów. Na skutek edukacji Rita wtapia się w świat ludzi kulturalnych i staje jedną z wielu potrafiących wypunktować atuty i wady każdej lektury tracąc po drodze świeżość spojrzenia (nieco naiwną, wyrażaną niewyszukanym językiem, ale niepowtarzalną). 
Czemu o tym piszę? Ponieważ oglądając przedstawienie pomyślałam sobie, że moje pisanie jest pisaniem niewyedukowanej Rity. Nie oceniam, a jedynie opisuję wrażenia, czasami odnosząc je do swoich przemyśleń, skojarzeń czy przeżyć. Kogo to obchodzi. 
Podczas tegorocznego urlopu spotkałam się z prowadzącą bloga Naprzeciw szczęściu Ewą i ku zaskoczeniu ale i radości dowiedziałam się, iż najbardziej podobają się jej w moim pisaniu osobiste wstawki oraz wrażenia wywołane procesem poznawczym. Dlatego zdecydowałam się dalej pisać te moje osobiste, czasami naiwne, czasami egzaltowane, czasami odmienne od uznanych opinii spojrzenia na świat. Może nawet uda się zamknąć oczy i uszy na medialny szum i zatopić w całkiem innym świecie pozbawionym polityki (do czasu, kiedy ta nie zapuka do naszych drzwi).
Pierwszym etapem wrześniowego urlopu było uczestniczenie w przedstawieniu Doktor Żywago w Operze i Filharmonii Podlaskiej. To dzięki musicalowemu opętaniu odwiedziłam Białystok, spotkałam się z Ewą i odkryłam Supraśl, o czym mam nadzieję napisać kiedyś.
Małe co nieco w antrakcie
Historię Doktora Żywago znałam jedynie z dwóch filmowych adaptacji (tej bardziej znanej z Omarem Sharifem oraz tej bardziej krwawej z Hansem Mathesonem). Magnesem dla mnie było nazwisko tłumacza tekstów; pana Daniela Wyszogrodzkiego, z którego tłumaczeniami musicali Koty, Taniec wampirów, Upiór w Operze, Les Miserables, Deszczowa piosenka oraz Mamma mia! spotkałam się w teatrze Roma. Równie zachęcająco, jak nazwisko tłumacza, wyglądała obsada. 
Doktor Żywago to historia jednostki uwikłanej w zawieruchę rewolucji w Rosji, człowieka postawionego przed dramatycznymi wyborami, jak przeżyć i zachować człowieczeństwo. Głowni bohaterowie; dwie kobiety zakochane w Żywago (Lara i Tonia) i troje mężczyzn (Żywago, Komarowski i Strielnikow), którzy stracili głowę dla Lary zostali rzuceni na fale rodzącego się bolszewizmu. Zrobione z rozmachem epickiej epopei widowisko wzrusza i urzeka. Magia teatralnego przedstawienia uzyskana dzięki scenografii, kostiumom oraz wykorzystaniu sceny obrotowej (która umożliwia śledzenie akcji na dwóch planach jednocześnie) sprawia, iż widz zanurza się w inny świat; straszny i bezduszny, ale też w pewien sposób urzekający siłą jednostki. Człowiek, który w zalewie nienawiści, głupoty i okrucieństwa potrafi zachować się przyzwoicie budzi podziw i chęć naśladowania. 
Kiedy doda się do tego przepiękną muzykę i dobry wokal to czegóż trzeba więcej. Może troszkę szkoda, że w przedstawieniu brakuje utworów, które wpadałyby w ucho na tyle mocno, że widz nuciłby je po wyjściu z budynku. Choć może to tylko moja nieznajomość tekstów i muzyki sprawiła, iż żaden z utworów nie wrył mi się na tyle mocno w pamięć. Jednak przyznaję, iż spektakl potrafił wbić widza w krzesło, tak że losy wspomnianej piątki śledziłam z zapartym tchem chwilami zasłuchana w liryczne brzmienia, żeby za chwilę dać się wzruszyć tragicznym losem człowieka będącego igraszką w biegu dziejów. Efekty specjalne; wybuchy, egzekucje, nocne sceny czy jadąca wprost na widownię lokomotywa wprowadzają dreszczyk emocji, chwilami robi się nieprzyjemnie. Nie ma dosłowności, czy epatowania brutalnymi scenami, co nie znaczy, że przedstawienie nie porusza. 
Spacer  po przedstawieniu (Cerkiew Św. Mikołaja)
W spektaklu wykorzystano ciekawą choreografię, partiom wokalnym towarzyszą partie taneczne (te wydały mi się dobrym, acz nie nowatorskim rozwiązaniem- wykorzystano je np. w Notre Dame de Paris, czy Romeo i Juliet) a także partie ruchu scenicznego (jak w scenie szpitalnej wijące się w egzorcyzmach siostry- rozwiązanie ciekawe, aczkolwiek do mnie nie przemawiające).
No, ale to co najważniejsze dla mnie, czy muzyka i wokal- nie zawiodło. W roli Żywago wystąpił Łukasz Zagrobelny, którego chyba nie doceniałam do tej pory. Miałam okazję słuchać go w Nędznikach w roli Enjolasa oraz w Notre Dame w roli Clopina, które wydawały mi się bardzo dobrze zaśpiewane, ale nie chwyciły za serce. Dopiero w roli Żywago aktor przedstawił całe spektrum umiejętności, byłam pod wrażeniem jego głosu i jego wykonania (jak np. w utworze Kim jesteś, czy Decyzja). Bardzo podobała mi się w roli Lary (etatowa, jak sama mawia Christine Dae z Upiora w operze) Paulina Janczak delikatna, a jednocześnie silna bohaterka. Nie zawiodła mnie także Monika Bestecka, jako prostolinijna i dystyngowana, jak na arystokratkę przystało, Tonia. Zwróciłam uwagę na tę wokalistkę w przedstawieniu Doktor Jekyll i Mr Hyde w poznańskim teatrze. Nieco rozczarował mnie Tomasz Steciuk (nawiasem mówiąc jeden z moich ukochanych wykonawców, ale być może miał gorszy dzień) w roli Komarowskiego; wydał mi się mało wyrazisty, za mało cyniczny, za mało despotyczny. Natomiast moim nowym odkryciem był pan Marcin Wortmann, jako Pasza Strielnikow. Cóż za przepiękny, wyrazisty głos. Jak przystało na ideowca-fanatyka, kiedy trzeba brzmiał rewolucyjnie, kiedy trzeba groźnie, okrutnie, a w końcowej scenie budził nawet pewien rodzaj sympatii i żalu (jako ofiara rewolucji, która pożera własne dzieci). 
Podlaski przysmak- kartacze z mięsem
O ile nie zapadły w pamięć poszczególne utwory, o tyle klimat niektórych z nich spowodował, że nadal mam przed oczami niektóre sceny; ślub Paszy i Lary najpierw liryczny, majestatyczny z towarzyszeniem cerkiewnego śpiewu, ikony i popa, potem huczne weselisko z przyśpiewkami i najbardziej wzruszającą scenę spowiedzi Lary, niezapomniane wykonanie pieśni Lary i Toni (dwie kobiety kochające Żywago - skojarzenie z Esmeraldą i Fler de Lys zakochanych w kapitanie Febus nasuwa się samo, choć charakter utworu zupełnie inny), czy pieść na pięć głosów, gdzie do Lary wzdycha troje zakochanych w niej mężczyzn, a dwie panie wyśpiewują swoje uczucia do Żywago. Ale takich scen; wzruszających, przejmujących, przerażających jest całe mnóstwo, bowiem akcja toczy się szybko, sceny przechodzą jedna w drugą bez chwili zatrzymania, jak czas biegnie bezlitośnie i zmienia układ dziejów. Jeśli napiszę, że chciałabym zobaczyć raz jeszcze to będzie to moja najlepsza rekomendacja. 
Doktor Żywago to stosunkowo młody musical, jego prapremiera miała miejsce 19 lutego 2011 r. w Sydney. Muzykę napisała Lucy Simon, libretto Michael Weller, a teksty piosenek Michael Korie i Amy Powers. Na potrzeby podlaskiej Filharmonii spektakl wyreżyserował Jakub Szydłowski, scenografią zajął się Mariusz Napierała, choreografią Jarosław Staniek a kostiumami Anna Chadaj.
Piosenka promująca musical 

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Powrót do bezsennych nocy Dzienniki Józef Hen

Pamiętam, jak dobre wrażenie zrobiły na mnie Dzienniki - Nie boję się bezsennych nocy. Kiedy zobaczyłam książkę, która w tytule nawiązuje do tamtej pozycji bez wahania ją kupiłam. 
To oczywiste, że w literaturze nie szukamy wyłącznie lustrzanego odbicia własnych myśli, czy przeżyć, ale przecież lubimy się w niej przejrzeć i znaleźć potwierdzenie tego, że nie jesteśmy osamotnieni w naszym postrzeganiu świata. Powrót do bezsennych nocy obejmuje zapiski od początku 2014 roku do pierwszych tygodni 2016 roku. Mimo braku dat opis bieżących wydarzeń politycznych pozwala na umiejscowienie ich w czasie. I choć zapiski zdominowała sytuacja polityczna to można w nich znaleźć wiele smaczków literackich, ciekawych wątków historycznych, czy zwykłych spostrzeżeń. 
Proza życia przeplata się z poezją, poszukiwanie kabla do telefonu, z udziałem w kręceniu filmu dokumentalnego, a męka samodzielnego wyjścia z domu z relacją ze spotkania z czytelnikami. I tutaj podobnie, jak we wcześniejszych Dziennikach jedno wspomnienie wywołuje łańcuch innych z nim powiązanych, jedno nazwisko, tytuł książki, jakiś obraz przenoszę w odległą przeszłość. Może to też za sprawą wieku skłonność do dygresji sprawia, że wszystko się z czymś kojarzy. Indeks nazwisk występujących we wspomnieniach jest imponujący; od znanych pisarzowi osobiście literatów, poetów, dziennikarzy, polityków, działaczy po autorów czytanych książek, filozofów, postaci historycznych, które go zafascynowały. I tak, jak przy wcześniejszej lekturze pojawiła się chęć przeczytania Pod wulkanem, tak teraz chętnie zapoznałabym się z biografiami Michała z Montaigne czy Stanisława Augusta autorstwa pana Józefa. 
I wciąż ta myśl uparta towarzysząca autorowi - Czy zdążę? Wciąż ktoś mi wykrada godziny. A tyle by się chciało odnotować na bieżąco… (str. 33) pisze 91 letni człowiek. 
Czytając słowa Ignorowany przez pewne opiniotwórcze kręgi, muszę sam siebie przekonywać (i moich czytelników), że dla pewnych ludzi jest to moje pisanie coś warte, że ma sens żałuję, iż nie mogę zapewnić autora, jak wiele ono dla mnie znaczy. Jak często w jego wspomnieniach, czy refleksjach odnajduję własne. Z jaką przyjemnością czytam jego relacje.
Obok filozoficznych rozmyślań, obok całego szeregu literackich odwołań pojawia się obserwacja i obrazki nie wymagające komentarza. Jak ta o zwiedzaniu cmentarza Monte Cassino. 
Dzieci obsiadły dużego kamiennego orła. „Zrób bardziej z profilu”. Pstryk. „Teraz tylko tata”. Pstryk. A babcia? „Zrób zamyśloną minę”. Pstryk. … Ucałowania rączek. Najlepsze są hamulce firmy tej i tej i nie pożałują Państwo.. Szczepanowski kupił opla… A państwo teraz dokąd? Na obiad do Gaety…(str. 110).
Przypomina mi to pewien letni wieczór, kiedy po niezwykle pięknym koncercie, kiedy rozedrgane emocje we mnie aż buzowały, towarzysząca mi osoba zaproponowała wstąpienie do hurtowni z odzieżą. I wstąpiła. Ona wstąpiła...
Zwróciłam uwagę na zwiedzanie przez autora Galerii Borghese w Rzymie. Może dlatego, iż mnie samą przywiodły tam rzeźby Berniniego. Pan Józef pisze o popiersiach cesarzy, które mnie zupełnie umknęły oraz rzeźbie hermafrodyty, którą ja umiejscawiam w Luwrze. 
Nie uda mi się prowadzić życia intelektualisty, pochłoniętego lekturami, gryzmolącego uwagi na marginesach książek, a tego najbardziej bym chciał. Nie nadaję się na spokojnego emeryta. (str.123). Pisarz mimo swego dostojnego wieku prowadzi bardzo aktywne życie; uczestnicząc w spotkaniach z czytelnikami, udzielając wywiadów, występując w filmie, pisząc Dzienniki. 
Jest tu jakże mi bliskie zawłaszczanie przestrzeni. Tam, gdzie byłem – notuję - gdzie przysiadłem się, napiłem się kawy, zjadłem w barze, pogadałem – po włosku, angielsku, francusku- gapiłem się - to już jest moje, nowa mała ojczyzna, coś przyswojonego, coś za czym się tęskni. Nie mogę już wybierać się za granicę, odwiedzać (nie zwiedzać), ale pospacerowałbym przez via Sistrina, Barberini, aż do via Veneto, stałbym przed Signorią we Florencji. Mój już na zawsze Paryż. I Lwów, z pasażem Mikolascha, jakże teraz inny. Wystarczy. A Samarkanda? Dzisiejsza? O nie! Tamtą naszą Samarkandę odwiedzam we śnie. (str. 125). 
Jakże niedawno pisałam do kogoś o tęsknocie, która rozdziera mi serce, tęsknocie za Wenecją, moją Wenecją, jakże chciałabym pospacerować wąziutkimi uliczkami, mostkami, zaułkami, posłuchać szumu fal Canale Grande rozpruwanych przez vaporetto.
Mimo dużego krytycyzmu do otaczającej go/nas rzeczywistości jest w pisarstwie autora wiele pogody. Jest ironia i wyszydzanie głupoty, ale nie ma chęci odwetu. Jest też szacunek względem osób, których poglądów się nie podziela i jest też przestroga. Powrót do bezsennych nocy zdominowała sytuacja polityczna. Jest to może najsłabszą literacko częścią Dzienników, ale też trudno się dziwić tak wytrawnemu obserwatorowi rzeczywistości i doświadczonemu człowiekowi, że nie może pozostawać obojętnym wobec tego, co dzieje się w naszej Ojczyźnie. Wolałbym, żeby mój »Powrót do bezsennych nocy« nie był przeciążony przez to, co się dzieje w świecie politykierskim. Ale jak się ustrzec? Jak uciec do książek, do lektur, do rozważań literackich, psychologicznych, obyczajowych? Politykierzy wtargnęli buciorami w moje życie i w życie bliskich mi osób. To klęska. Moja osobista – i Polski. Wiele tu komentarzy odnośnie bieżących wydarzeń, komentarzy, które sprawią, że zwolennicy „dobrej zmiany” nazwą pisarza zdrajcą, czy lewakiem (żeby nie cytować bardziej dosadnych określeń). 
A puentą Dziennika są dla mnie dwa cytaty;
Obudziłem się. Żyję. Trwam. Zajmuję się sobą. Żyję, aby żyć, bo wolę to od nieistnienia. Ale jaki jest sens w tym życiu? Jaka jego treść, cel, pragnienie? Jestem zabytkiem. Dla niektórych. Pocieszam się, że są jednak tacy, którzy chętnie obcują z tym, co piszę. (Str. 167).
oraz Śmiejmy się! Kto wie, czy za sto milionów lat świat będzie jeszcze istniał (str. 280).
Panie pisarzu kochany (zakładając, że nie kokietuje Pan czytelnika) - ja bardzo chętnie obcuję z Pana dziennikami i życzę dużo siły (na powstanie kolejnego tomu) i uśmiechu (mimo wszystko i wbrew wszystkiemu).
Powrót do bezsennych nocy Dzienniki. Józef Hen Wydawnictwo Sonia Draga rok wydania 2016. 
Książkę przeczytałam w ramach stosikowego wyzwania u Anny. 
Coraz dłuższe przerwy w pisaniu. Coraz bardziej przytłoczona nierzeczywistością zdarzeń. Ale nadal nie tracę nadziei na cdn..  

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Majówka pod koniec kwietnia, część 3 czyli powrót po latach do Ustki

Kiedy maj już dawno przeszedł w czerwiec u mnie wciąż jeszcze kwiecień. A mając na uwadze to, iż za chwilę nadejdzie lipiec, w którym nastąpi druga część urlopu należałoby jak najszybciej uporać się z jego częścią pierwszą. 
W Ustce lata temu spędzałam każde wakacje. Dwa letnie miesiące dzieliłam pomiędzy Ustkę, w której mieszkała mama mojej mamy i Poznań, w którym mieszkała rodzina taty. Babcię ustecką odwiedzałam często także w czasach, kiedy wakacje spędzałam już w zupełnie inny sposób i w zupełnie innym towarzystwie. Ustka to dziesiątki wspomnień, jakże przyjemnych, bo beztroskich, choć wtedy nie zawsze takimi się wydawały, zwłaszcza, kiedy pokłócona z chłopakiem wyczekiwałam jego pociągu na dworcu a peron kolejowy oglądałam w smutnym kolorze blue. Ale Ustka to przede wszystkim słońce, plaża i morze, to zbieranie jagód i borówek w lesie, włóczenie się po wydmach, pierwsze samodzielne wypady do kina na filmy od szesnastu lat, przejście przez cmentarz o północy i lody w najlepszej usteckiej lodziarni U Chomczyńskich. Nie byłam tam od czasu, kiedy zabrakło babci, czyli prawie dwadzieścia lat.
Podróż sentymentalna była powrotem do wspomnień, a nie do miejsc zapamiętanych sprzed kilkudziesięciu lat bowiem tych miejsc już prawie nie ma.  Z malutkiej, urokliwej, ale mocno prowincjonalnej mieścinki zmieniła się Ustka w nadmorski kurort. Wizytówką miasta - pierwszym miejscem, w którym turysta spotykał się z miasteczkiem był od końca XIX wieku dworzec kolejowy łączący je ze Słupskiem. Dziś nieczynny z powodu remontu, kiedyś pamiętający czasy, kiedy przywożące gości składy liczyły i trzydzieści wagonów. 
Z czasem coraz częściej docierałam do Ustki autobusem, który miał tę zaletę, iż zatrzymywał się vis a vis domu mojej babci, co pozwalało zaoszczędzić kilka jakże cennych minut, kiedy czas wakacji wyciskało się, jak cytrynę, do końca, do ostatniej kropelki. Pomalowany na żółto jednopiętrowy budynek wciąż jeszcze stoi, choć w okienku na piętrze nie ma już babci, która z niecierpliwością wyczekiwała przyjazdu wnuczki. 
Za czasów mojej młodości to stąd (ulicą Marynarki Polskiej) ruszało się na plażę; po drodze mijając piekarnię z gorącymi jeszcze, prosto z pieca sprzedawanymi drożdżówkami, ciepłymi bułeczkami szwedkami i chlebem z chrupiącą skórką, dwa sklepy rybne, gdzie można było nabyć rybę prosto z kutra (a przynajmniej tak głosił ówczesny marketing) a także księgarnię, której witryna kusiła wyborem literatury o niebo bogatszym niż w Trójmieście. Ach te książki odbijające słońce i pełne piasku pochłaniane przy szumie fal. Ach to zatracenie się w czasie, to zapomnienie. 
Dzisiaj do Portu czy na plażę można wybrać się bardziej malowniczą trasą poprzez portowe nabrzeże zabudowane licznymi hotelami, pensjonatami, knajpkami. Pachnących świeżością drożdżówek już się nie dostanie, ale świeżą rybę można skonsumować w prowizorycznych punktach gastronomicznych położonych przy brzegu morza. A jeśli jest się na promenadzie to obowiązkowo należy skosztować gofra z bitą śmietaną. Pycha. Choć może to tylko wspomnień czar; mnie najlepiej smakują one nad morzem (no i jeszcze w parku Łazienkowskim). 
Spacerując wzdłuż brzegu można podziwiać kutry i wsłuchiwać się w odgłosy mew i bijące o brzeg fale. 
Wzrok przyciąga jedna z największych ostatnio usteckich atrakcji – biała kładka na drugi brzeg Słupi otwierana w regularnych odstępach czasu na kilkanaście minut. Zapewne niewiele osób wie, co znajduje się na drugim brzegu, ale niemal wszyscy z niecierpliwością wyczekują jej otwarcia, po to, aby „zaliczyć” tę właśnie atrakcję. Na drugim brzegu znajdują się cztery poniemieckie żelbetonowe bunkry wraz ze schronami i podziemnymi korytarzami. Bunkry Bluchera są dziś atrakcją turystyczną, można je zwiedzać, a na ich terenie odbywają się pikniki militarne połączone z nauką żołnierskich piosenek, degustacją grochówki oraz pokazami historycznymi i konkursami. Podczas wojny mieściło się tam jedno działo kaliber 105 mm i cztery mniejsze. Zapewne gdyby nie lektura Tak trzymać niewiele by mnie obeszło, jaki kaliber miało ustecki działo, ale po opowieściach kapitana Jazowieckiego na temat uzbrojenia gdyńskiej floty nie mogłam pozostać obojętną wobec takiej informacji. A co zapewne ciekawsze, dla laika, z działa można było wystrzelić pocisk o wadze 20 kg na odległość 17 kilometrów. 
Dochodząc do nadmorskiej promenady mija się budynek z czerwonej cegły z białą wieżyczką. Latarnia morska to znak rozpoznawczy miasteczka. Stoi tu od końca XIX wieku. Kiedyś jej światło dawało znaki widoczne z odległości kilku kilometrów, dziś widać je z odległości nawet trzydziestu.  
Jako dziecko większość czasu spędzałam na plaży (może wówczas wyczerpałam swój przydział plażowania, bowiem dzisiaj nie przepadam za leżeniem na słońcu). Zamiłowanie do spacerów brzegiem morza pozostało jednak do dziś. Najbardziej lubię wczesne poranki, kiedy ludzi jest niewielu, a słońce dopiero nieśmiało przegląda się w wodach zatoki. 
Kolejnym rytuałem były spacery na falochronie, zwłaszcza wówczas, kiedy na plaży powiewała czarna flaga, a Bałtyk przelewał swe fale ponad kamiennym wysuniętym w morze jęzorem. Niebo było ciężkie od chmur, a wiatr rozwiewał włosy. Jakże wówczas człowiek czuł się mocny i niezwyciężony. 
Ustka oferuje wiele atrakcji; poza domami o charakterystycznej szachulcowej zabudowie, nowo powstałe muzea; jak Muzeum chleba, Ziemi Usteckiej, mineralogiczne i Bałtycką Galerię Sztuki Współczesnej a także pomniki z najbardziej znanymi Usteckiej Syrenki oraz ławeczkę Ireny Kwiatkowskiej.
Jednak tym, co przyzywa tutaj turystów jest plaża, słońce i morze; kojący szum fal, poszukiwanie muszelek i bursztynu oraz klimat wakacji, nawet, jeśli są to wakacji nieco chłodniejsze niż nad morzem Śródziemnym. 

niedziela, 7 maja 2017

Majówka pod koniec kwietnia- część 2, czyli mój pierwszy pobyt w Kazimierzu




Drewniana zabudowa w Kazimierzu


Ruiny zamku w Kazimierzu
W nawiązaniu do części 1 wpisu kontynuuję krótkie wrażenia z wycieczki po kraju. Tak, byłam w Kazimierzu po raz pierwszy i myślę, że nie ostatni, choć podróż nie była komfortowa. Autobus z Warszawy do Kazimierza  jedzie dłużej, niż pociąg z Gdańska do stolicy; jednak urok miasteczka jest w stanie zrekompensować tę niedogodność. 
Wybrałam okres poza sezonem i poza weekendem i to był bardzo dobry wybór, nie musiałam bowiem dzielić swego zachwytu z tłumem turystów, a jak wiadomo każdy prawdziwy podróżnik bywa egoistą i lubi zawłaszczać dla siebie widoki. Z wiekiem coraz rzadziej jakieś miejsce jest w stanie przekonać mnie do siebie; człowiek sporo już doświadczył i niestety traci dziecięcą radość i umiejętność zachwycania się każdą nową rzeczą, bo każda wydaje się jakby znajoma, już wcześniej oglądana. Tymczasem Kazimierz (i jak się potem okazało także kolejne odwiedzone miasteczko) skradł moje serce od pierwszego spojrzenia. Spodobała mi się architektura, krajobraz, klimat. Możliwe, że też przypadek odegrał swą rolę. Przyjechałam wiosennego, słonecznego dnia. Kolejne dwa dni padał deszcz i było dość ponuro. Tak więc, gdybym przyjechała dzień później mogłabym odnieść zupełnie inne wrażenie. 
Zdobienia  pilastrami fasady FARY
Pierwszą budowlą, jaka rzuciła mi się w oczy była Fara (kościół pod wezwaniem Św. Jana Chrzciciela i Bartłomieja Apostoła), świątynia nieopodal Rynku, która stanowi jeden z najbardziej malowniczych widoków miasteczka, choć trzeba przyznać, że Kazimierz ma takich widoków sporo; od romantycznych ruin zamkowych na wzgórzu, poprzez renesansowe kamieniczki, drewnianą zabudowę aż do lessowych wąwozów i nabrzeża Wisły. 
Nie wiem, czy sprawił to nadmiar wolnego czasu, czy też architektura tego miasteczka ma taki specyficzny urok, ale niemal każda mijana kamieniczka, każda budowla przyzywała spojrzenie i sprawiała chęć uwiecznienia. Wcale nie dziwię się, że Kazimierz jest Mekką artystów- malarzy, a galerie obrazów znajdują się niemal na każdym kroku. 
Fara jest najstarszą świątynią w Kazimierzu Dolnym ufundowaną przez Kazimierza Wielkiego, zbudowaną w stylu gotyckim i rozbudowaną w stylu lubelskiego renesansu pod kierunkiem włoskiego architekta Jakuba Balina. Wzrok przyciągają szczyty świątyni, zdobienia fasady pilastrami i bogatą ornamentyką. 
Jeśli mowa o ornamentyce to nie sposób przejść obojętnie obok
Kamienice Przybyłów
późnorenesansowych kamienic Mikołaja i Krzysztofa Przybyłów, które łączą cechy renesansu z manierystyczną dekoracją, wpływy niderlandzkie i włoskie z miejscową tradycją budowania. Obie mają identyczną zabudowę; podcienia z arkadami, niezwykle bogato zdobione płaskorzeźbami ludzi, zwierząt, ornamentów roślinnych, wątków obyczajowych, mitologicznych, religijnych fasady (wśród których wyróżniają się święci patroni fundatorów) oraz zwieńczenia dachu pięknymi attykami. 
Ale jeśli chodzi o piękne attyki to Kamienica Przybyłów nie dorównuje kamienicy Celejowskiej (w której mieści się jeden z oddziałów Muzeum Nadwiślańskiego). W trzech zwieńczeniach dachu umieszczono naturalnej postaci figury Jana Chrzciciela, Chrystusa, Matki Boskiej i Św. Bartłomieja. Pod attykami znajduje się rząd nisz wykończonych pięknymi elementami dekoracyjnymi w kształcie muszli. 
Kamienica Celejowska
Kazimierz to nie tylko wspaniała przyciągająca wzrok architektura (poza tą renesansową, także wzorowana na niej dwudziestowieczna nie mniej ciekawa), to przede wszystkim niezwykły klimat, który nadają mu niezliczonej ilości galerie sztuki. 
Co kawałek przyzywają wzrok witryny z różnokolorowymi figurkami rzeźb tudzież wystawione przed frontami budynków obrazy dzisiejszych mistrzów. Kiedy dodać do tego pstrokate straganiki z pamiątkami; wśród których przeważa w różnych postaciach kogut z Kazimierza (od ceramicznego, glinianego, szklanego po ten jadalny z ciasta drożdżowego) oraz kuszące bogato ilustrowanym menu witryny knajpek to mamy obraz
jedna z licznych galerii
miasteczka, któremu nie sposób się oprzeć. Mogę sobie jedynie wyobrazić najazd Hunów, który mógłby skutecznie ostudzić zapał podróżnika do odwiedzenia tego miejsca. Na szczęście pod koniec kwietnia było tu cicho i spokojnie. Dzięki temu miałam niepowtarzalną okazję przejścia wąwozami: korzeniowym i Plebanka zupełnie sama, co niosło ze sobą pewien dreszczyk emocji. Niewielu też turystów towarzyszyło mi podczas spaceru bulwarem nad Wisłą. Padający nieprzerwanie podczas dwóch kolejnych dni deszcz nieco pomieszał plany (nie udało mi się na przykład dojść do Domu Kuncewiczów, czy na cmentarz żydowski). Spacery zapłakanymi uliczkami miasteczka przerywane małym co nieco w kazimierskich knajpkach miały jednak swój urok. A romantyczno-rusycystyczny pokoik hotelowy stanowił doskonałą oprawę niespiesznej lektury przy kieliszku wina.
Korzeniowy wąwóz oraz bulwar nad Wisłą

Poniżej - romantyczny pokoik hotelowy



Studzienka na Rynku Kazimierskim

środa, 3 maja 2017

Majówka pod koniec kwietnia- część 1 Na wystawie japońskich drzeworytów w MNW

Ponieważ nie cierpię tłumów na majówkę wybrałam się w ostatnim tygodniu kwietnia. I był to bardzo dobry pomysł. Pogoda co prawda nie dopisała, ale jak czas pokazał i dziś nie jest cieplej. Na osiem dni poza domem trafiły mi się zaledwie dwa dni deszczowe, co jest całkiem dobrym wynikiem. Kiedy się do tego doda słońce i pozytywne nastawienie to czegóż trzeba więcej.
W Warszawie, która miała być stacją wypadową do Kazimierza, udało mi się zajrzeć do kilku teatrów i na wystawę, której poświęcę ten wpis.
Podróż do Edo Japońskie drzeworyty ukiyo-e z kolekcji Jerzego Leskowicza to wystawa w Muzeum Narodowym trwająca od 25 lutego do 7 maja br. Ze sztuką japońską miałam dotychczas niewielki kontakt. Parę obrazów inspirowanych japońszczyzną u Van Gogha oglądanych w amsterdamskim muzeum, trochę zbiorów z kolekcji Jasieńskiego na wystawie w Kamienicy Szołajskich w Krakowie i trochę japońszczyzny w wystrojach wnętrz zafascynowanych
krajem kwitnącej wiśni artystów (jako pierwszy na myśl przychodzi mi Dom Wiktora Hugo przy Placu Vosges w Paryżu). I zapewne gdyby nie fascynacja Bee sztuką Japonii kolekcję omiotłabym jedynie spojrzeniem, a w pamięci pozostałyby jedynie kolorowe plamy i wrażenie baśniowości. Te niewielkich rozmiarów drzeworyty to małe dziełka sztuki. Na ponad trzystu ekspozycjach ich autorzy (rzuciły mi się w oczy często powtarzające się nazwiska Katsushika Hokusai czy Utagawa Hiroshige) w sposób niezwykle precyzyjny malują otaczający ich świat. Są one zachwycające w swej prostocie, a jednocześnie niezwykle kunsztownie przedstawiają człowieka przy codziennych życiowych zajęciach. Znajdują się tam całe cykle tematyczne (szczególną uwagę zwraca cykl dotyczący podróżowania - kilkadziesiąt drzeworytów zatytułowanych nazwami odwiedzanych Stacji, a zamiast europejskich kawiarni nocą pojawiają się Herbaciarnie). Odbitki pokazują człowieka przy pracy, zabawie, w trakcie podróży, w chwili wypoczynku, podczas odprawiania kultu religijnego. Są tam także wizerunki znanych aktorów, sławnych gejsz, bohaterów
narodowych. Drzeworyty są źródłem wiedzy o życiu Japończyków pod koniec XVIII stulecia i pierwszej połowy XIX wieku. Na wystawie pokazano także sposób powstawania tego gatunku sztuki; było to niezwykle pracochłonne i wymagające współpracy kilku osób zajęcie. Więcej informacji znajduje się pod linkiem Japońskie drzeworyty ukiyo-e Przewodnik po wystawie w MNW
Wielka szkoda, iż moje zdjęcia są tak kiepskiej jakości i nie oddają uroku tych małych klejnocików. 
Wystawa jest ładnie wyeksponowana w pomieszczeniach, które przedzielają ścianki (parawany) a ich oglądaniu towarzyszy stonowana muzyka.
Masowy napływ drzeworytów japońskich spowodował wzrost zainteresowania sztuką wschodu, co odbiło się w twórczości takich malarzy, jak Manet, Whistler, Monet, Van Gogh, Gauguin, Picasso, czy wielu polskich malarzy.

Wystawę odwiedziłam w niedzielę wraz z całym mnóstwem innych zwiedzających, co świadczy, iż cieszy się ona dużym zainteresowaniem. Potrwa ona jeszcze do 7 maja.

Znowu miałam dłuższą przerwę, nie będę nawet zaklinać rzeczywistości, że to się zmieni. Czas pokaże. Do końca miesiąca żyjemy w zawieszeniu w pracy (czy ją nadal mamy, a jeśli tak, to na jakich warunkach) - więc na razie jest trochę nerwowo. 

niedziela, 26 marca 2017

Klasztor i kobieta Stanisław Wasylewski

Pozycja kobiety oddanej pod opiekę klasztoru na przestrzeni wieków (od XI do XVI) jest przedmiotem opracowania Klasztor i kobieta. W przeciągu kilku stuleci przechodzi ona różne koleje losu; od oddanej pod władztwo braci zakonnych niewolnicy spełniającej rolę służebnej w koedukacyjnych klasztorach, poprzez zachłyśnięcie się wolnością mniszek, które poddano pod opiekę jednej z nich (ksieni, przeoryszy, magistry), aż po wykształconą pomocnicę skryby, która pięknie zdobi religijne księgi. I mimo, iż pozycja mniszki w ówczesnym społeczeństwie była nie do pozazdroszczenia, to jednak być mniszką było o wiele lżej niż być kobietą świecką.
Kobieta bowiem w XI wieku była rzeczą, która dała życie i służyła ku pociesze strudzonych wojów. [..]  W kolebce już kupował ją lub z kolebki porywał i wienił, czyli brał we wiano, by to potem hodować ze zwierzem po społu na niewiastę dla siebie czy syna, do którego ona dosięgnie, czyli któremu posag wniesie, gdy podrośnie.  (Str. 6). 
W początkach dziejów klasztorów w Polsce kobieta, która szła za jego furtę zmieniała jedynie pana. Na świecie władał nią mężczyzna – wojownik, człek swój, w eremie mężczyzna –opat, przybyły z daleka, głosu ludzkiego nieświadom. (str.8) W eremie skleconym z drzewa i wikliny, oświeconym w nocy łuczywem z suszonego węgorza, kształci się wiślańska białogłowa XI stulecia. Chodzi na ciężkie roboty z braciszkiem cudzoziemskim, warząc mu strawę wśród karczowanego lasu, dogląda szczepów owocowych, których sekrety przywiózł z sobą, plewi rośliny pastewne i nie widziane dotąd pod polskim niebem warzywa, dziwuje się, gdy benedyktyn szałwią i rutą leczy schorzałe ludzie, a jednego tylko nie rozumie, po co on też na pergaminie kreski kolorowe stawia? (Str.11)
Bo też niemal wszystkie (poza nielicznymi wyjątkami białogłów z wysokich rodów) były niepiśmienne. Nie dziw przeto, iż wykonywały rolę służebną wobec mnichów; pracy, cerowały, sprzątały, gotowały, doglądały obrządku i brały baty za nieposłuszeństwo. A kiedy braciszkom naszła ochota poswawolić nie musieli daleko szukać okazji. 
Los niewiast żyjących w klasztorze uległ zmianie, z chwilą oddzielenia sióstr od braci. Niedługo to jednak trwało. Wkrótce papież Celestyn III ogłosił, iż  odtąd bierze je [siostry z klasztoru w Strzelnie] pod swoją i św. Piotra opiekę, obiecuje chronić przed złymi ludźmi, od powinnych dziesięcin uwalnia, pozwala powiększać zgromadzenie przez nowicjat, a przede wszystkim samorządność panien uznaje. (Str. 24). Aby do beczki dziegciu dołożyć i łyżkę goryczy dodał Ojciec Święty zapis o tym, aby i zakon braci norbertanów założyć tamże. A zatem siostrzyczki na nowo będą musiały toczyć walkę o samodzielne rządy. Przez wiele lat musiały żywić braciszków, których dodano im w bonusie do owej przez papieża nadanej wolności i przywilejów. Pozycja kobiety ulega zmianie dopiero, kiedy ta nauczy się pisać. Odtąd staje się ona niemal równorzędnym partnerem skryby, osobą godną szacunku, potrafi czynić to, co dla wielu jest niezrozumiałe i tajemnicze. 
Dzieje zakonów klasztornych kończy autor w epoce reformacji, która na nowo odwraca rolę kobiety w życiu zakonu. 

Największą zaletą opracowania jest język stylizowany na średniowieczny. To dzięki niemu lektura nabiera lekkości. Choć pewnie dla niektórych czytelników to właśnie ten stylizowany język będzie stanowił sporą trudność. Opracowanie zostało poparte zostało solidną bibliografią. Klasztor i kobieta jest połączeniem naukowego opracowania i literatury pięknej. Doskonałym uzupełnieniem treści są ilustracje drzeworytów z czasów, które stanowią tło opowieści.
Pozycja godna polecenia, zwłaszcza dla osób interesujących się historią.
Kolejna pozycja w stosikowym losowaniu u Anny.

wtorek, 14 marca 2017

Dzienniki z lat wojny 1939-1945 Astrid Lindgren

Prawie każde dziecko zna Astrid Lindgren. Co prawda nigdy nie przepadałam za Pippi Pończoszanką, ale już Dzieci z Bulerbyn były ukochaną lekturą mojego dzieciństwa. To jedna z tych książek, które czytałam wypożyczone ze szkolnej biblioteki ubolewając, iż nie mam jej na własność. Niewiele osób wie, iż Astrid zaczęła pisać książki dla dzieci dość późno. Miała wtedy blisko trzydzieści sześć lat, a pisanie było rodzajem terapii – ucieczką od trudniej do zniesienia rzeczywistości drugiej wojny światowej. Jeszcze zanim wpadła na pomysł pisania dla dzieci zaczęła pisać Dziennik wojenny. Pierwszy wpis nosi datę 1 września 1939 r. „O. Dziś wybuchła wojna. Nikt nie chce w to wierzyć. Wczoraj po południu siedziałam z Elsą Gullander w Vasaparken, dzieci biegały i bawiły się koło nas, a my, nie zostawiwszy suchej nitki na Hitlerze, doszłyśmy wspólnie do wniosku, że wojny nie będzie- a dzisiaj Niemcy z samego rana zbombardowali wiele polskich miast i ze wszystkich stron najechali na Polskę.” Astrid nie pisze Dziennika z potrzeby dzielenia się informacjami, czy przemyśleniami z innymi; pisze dla siebie, ponieważ chce zrozumieć mechanizm wielkiej polityki, która w ciągu jednej chwili potrafi unicestwić istniejący porządek rzeczy. Pisze zarówno o zdarzeniach, które mają wymiar historyczny (wypowiedzenie wojny kolejnym krajom, okupacje coraz to nowych terenów, ruchy wojsk, spotkania na szczycie, bitwy, zawieranie i zrywanie kolejnych sojuszy), ale także o tym co przyziemne; trudnościach dnia codziennego, obawach, zmartwieniach, dramatach pojedynczego człowieka. Do Dziennika wkleja wycinki prasowe i fotografie. Informacje czerpie nie tylko z prasy i radia, ale także wykorzystuje te, które uzyskała podczas pracy w cenzurze korespondencji. Astrid, jak sama pisze jest szczęściarą, bowiem urodziła się w Szwecji, jednym z niewielu krajów, który zachował neutralność (nie opowiedział się po żadnej ze stron w toczących się działaniach wojennych), a co za tym idzie, mieszka w kraju, który podczas wojny nie ucierpiał. Tyle, że poczucie radości z tego powodu miesza się z poczuciem winy i wstydu. Doceniając to co ma, nie potrafi się z tego cieszyć. Autorka jest osobą niezwykle wrażliwą. Potrafi też dostrzec paradoks działania polityki, który sprawia, iż wczorajszy wróg jest dzisiejszym sprzymierzeńcem i odwrotnie, bądź to, że zawiązuje się sojusze z agresorem przeciwko sprzymierzeńcom. Największe trudności ma z oceną działań własnego kraju, być może brakuje jej perspektywy spojrzenia. Poza opisem tragedii narodów i społeczeństw pisze też o prozie życia podczas wojny ze szczególnym upodobaniem do notowania ilości i rodzaju pożywienia oraz informacji na temat prezentów otrzymywanych przez członków jej rodziny podczas świąt, czy urodzin. Niektóre z tych uczt są szczególnie obfite, a otrzymywane przez dzieci prezenty tak różnorodne i bogate, że pojawia się igiełka żalu, kiedy porówna się to z sytuacją na terenach krajów okupowanych. 
Tu w Szwecji Boże Narodzenie świętowane było jak zwykle, o ile wiem. Objedliśmy się niesamowicie, tak samo jak zwykle. Jesteśmy prawdopodobnie jedynym narodem w Europie, który ma taką możliwość, przynajmniej pod tym względem. (Str. 85) Myślę, że prawie wszyscy tu w Szwecji czują tak samo jak ja w to Boże Narodzenie 1940, że jest to czysta, niezasłużona i niesłychana łaska, że możemy obchodzić Boże Narodzenie w całkowitym spokoju w naszych domach. (Str. 86)
Przedwczoraj Karin skończyła 9 lat. Przyszły Elsa-Lena i Matte. Karin dostała zegarek, tornister szkolny, pudełko czekoladek, 1 książkę, 1 parę spodni drelichowych od nas i wiele książek od innych. Na obiad mieliśmy krewetki, rzodkiewki, sardynki, szynkę, jaja i resztę tortu. (str. 165). Był rok 1943.
Dużą zaletą Dzienników jest szczerość ich autorki. Nadchodzi czwarta wojenna zima i jeśli my tu jesteśmy zmęczeni myślą o niej, jak jest w innych krajach? Kiedy spojrzy się na wojnę wstecz, można w reakcjach ludzi dostrzec różne fazy; po straszliwej rozpaczy, którą odczuwano na początku, nadszedł długi okres relatywnego zobojętnienia, przerywanego jedynie od czasu do czasu gwałtownym szokiem, jak okupacja Norwegii, klęska Francji, itd. A teraz rzeczywiście zaczyna dominować wojenne zmęczenie; człowiek ma tak dość tej wojny, że nie wie, co począć, wszystko jest takie posępne. (str. 143)
Ostatni wpis dotyczy końca roku 1945. Tak oto Nowy Rok nastanie znów! Szybko idzie jeden po drugim. Dwie godne uwagi rzeczy przyniósł 1945 rok. Pokój po drugiej wojnie światowej i bombę atomową. Zastanawiam się, co przyszłość powie o bombie atomowej, czy to wyznaczy nową epokę w życiu ludzi, czy nie. Pokój nie jest niczym pewnym, bomba atomowa rzuca na niego swój cień. (str. 251)
Brak doświadczenia pisarskiego autorki nie umniejsza waloru poznawczego Dzienników. 
Dzienniki nie zachwycają literacko, czy językowo, ale są ciekawym zapisem wydarzeń z punktu widzenia obserwatora, kogoś z zewnątrz. 

sobota, 11 marca 2017

Bezmiar sławy Irwing Stone (biografia Camille`a Pissarro)

Czerwone dachy  (zdobiące okładkę książki Bezmiar sławy)
Czytanie Bezmiaru sławy przypomina trochę odwiedziny w Muzeum Orsay w Paryżu. Każda wizyta w tym najbardziej znanym królestwie impresjonizmu to nie tylko uczta dla ducha i odkrywanie znanych obrazów na nowo, to także spotkanie z ich twórcami.
Stone ma nieprzeciętny dar tworzenia biografii, które nie dość, że dają czytelnikowi ogromną dawkę wiedzy na temat ich bohaterów, to jeszcze pisane są przystępnym językiem, a ich lektura wciąga tak, że nie sposób się od niej oderwać. Bezmiar sławy to nie tylko biografia ojca impresjonizmu Camille`a Pissarro, ale to także wierny obraz epoki i francuskiej bohemy II połowy dziewiętnastego wieku. Nazwiska, jakie pojawiają się na kartach powieści znamy doskonale z podręczników historii sztuki; począwszy od Fritza Melbye`a, z którym bohater zdobywał pierwsze artystyczne doświadczenia na wyspie St. Thomas, poprzez jego brata Antona, papę Corota, Delacroix`a, Courberta, Guillemeta, Moneta, Whistlera, Morrissot, Degasa, Sisleya, Signaca, Seurata, Maneta, Gaughena, Van Gogha, Rodina, a kończąc na marchandach; Durand - Ruelu, Durecie, Cailebotte, czy Theo Van Goghu. Oczywiście to tylko kilkanaście nazwisk spośród ogromnej ilości tych, które padają na łamach książki. 
Camille`a poznajemy w 1855 r., kiedy przybywszy do Paryża odkrywa zupełnie inne miasto, niż to, które opuścił kilka lat wcześniej. A to, co odkrywa wprawia go w zachwyt. Trwa przebudowa miasta; wąskie uliczki zamieniają się w szerokie aleje, stare rudery są wyburzane, a w ich miejsce powstają nowe, przestronne, widne kamienice, miasto staje się czystsze i bezpieczniejsze dzięki systemowi kanalizacji, pojawiają się nowe środki komunikacji. 
Bulwar Montmartre
„Kiedy był w internacie, przejście przez miasto od Montrmartre`u na lewy brzeg zajmowało mu niemal trzy godziny, głównie z powodu nielicznych mostów na Sekwanie i labiryntu uliczek, ślepych zaułków, zablokowanych ulic, całej niemożliwej do przebycia dżungli dziwacznie skonstruowanych domów, z której nie było wyjścia. Pamiętał długie rzędy małych, ciemnych sklepików, gdzie towary były tak popakowane, jakby chciano je ukryć, nie było też na nich ceny….. Francuscy sklepikarze nie chcieli przyjmować pieniędzy, woleli udzielać kredytu na lichwiarski procent. Teraz wszystko uległo zmianie. Paryżanie nie muszą już robić zakupów w pobliżu swego domu, mogą iść nowymi bulwarami…. Sklepy są teraz większe, widniejsze, na wszystkich towarach umieszcza się dobrze widoczne ceny, a obraca się wyłącznie gotówką. Otwarto dwa wielkie atrakcyjne domy towarowe, pierwsze w Paryżu; Bon Marche przed trzema laty, trochę prowincjonalny, a rok wcześniej Louvre, droższy, ale sprzedający towary z całego świata barwnie i efektownie wyeksponowane. Camille zachwycił się odkryciem, że może za sześć su podróżować omnibusem, w dodatku z przesiadkami. Rue Bergere, pierwsza wyasfaltowana ulica w Paryżu, była cudownie równa. Wszędzie widział robotników wymieniających stare wielkie kamienie bruku na małe kawałki piaskowca, na których pojazdy robiły mniejszy hałas. W zamożnych okolicach Faubourg St.Honore ulice wybrukowano płytami z drewna, po których jeździło się jeszcze równiej i ciszej. Najchętniej jeżdżono po wielkich bulwarach; …des Capucines i … des Italiens, mieściły się tu drogie magazyny z biżuterią, perfumami, torebkami i butami, podczas, gdy reszta miasta składała się ze starych wąskich uliczek zatłoczonych tragarzami, wózkami, obnośnymi sprzedawcami, nosicielami wody; uliczki były tak wąskie, że mógł po nich jechać tylko jeden pojazd, a na chodniki nie mogły się minąć dwie osoby….” Str. 31…. To co zapamiętał ……jako plątaninę uliczek średniowiecznego miasta, któro wyrosło organicznie bez planu czy powodu, odradzało się teraz, jako nowoczesna, świadomie zaplanowana metropolia.” Str. 32.
March Sun, Pontoise
Jednakże oszołomienie, w jakie wprawiła Camille`a przebudowa miasta były niczym w porównaniu z wrażeniem, jakie wywołała ekspozycja Wystawy Światowej. Ponad pięć tysięcy obrazów; jeden obok drugiego, wiszące rzędami niemal od podłogi po sufit, zajmujące każdą cząstkę powierzchni sal, korytarzy i przedsionków, obok wejścia i w pobliżu toalet nie mogło pozostawić obojętnym człowieka, dla którego malowanie miało stać się warunkiem egzystencji. Z jednej strony onieśmielało (skoro jest już tylu malarzy - to po co kolejny), a z drugiej utwierdzało w przekonaniu, że malowanie jest jego przeznaczeniem. „Pogrążony w głębokich rozważaniach na widok tych bogactw światowej sztuki, zadawał sobie pytanie; Skąd bierze się ten głód, który każe niektórym z nas rysować z zajadłością równą jedynie potrzebie oddychania, odżywiania się, przeżycia? Niewątpliwie rodzimy się z tym, rośnie to i rozwija się jak kończyny czy mózg; naturalna potrzeba wbudowana w organiczną strukturę człowieka.” Str. 52
Niestety dla Camille`a jego potrzeba malowania nie zdobyła akceptacji rodziny. O ile ojciec gotów był pogodzić się z wyborem syna, pod warunkiem, że ten osiągnie sukces (zacznie wystawiać obrazy na Salonie, co było przepustką do zdobycia klientów), o tyle matka nie przyjmowała do wiadomości, czym zajmuje się syn. Być może pogodziłaby się z jego wyborem, gdyby znalazł sobie narzeczoną z porządnego, żydowskiego domu i z dużym posagiem, tymczasem Camille związał się z boną zatrudnioną przez jego matkę do pomocy w gospodarstwie domowym, Julie Vellay. Camille wyprowadził się z domu, kiedy na świat miało przyjść ich pierwsze dziecko i pozostał z Julie do końca życia. 
Las
Bardzo skromne wsparcie rodziny było na tyle duże, że nie pozwalało im umrzeć z głodu, a na tyle małe, że nie dawało możliwości choćby skromnego życia. Dziś, kiedy nie znalazłaby się galeria, która nie chciałaby mieć w swoich zbiorach choćby rysunku, szkicu, czy litografii Pissarra ze zdumieniem czyta się o szyderstwach, obelgach i kpinach, jakimi obrzucano jego (i jego kolegów) dzieła. Podziw budzi samozaparcie i wiara w sens wybranej drogi, niepoddawanie się i kolejne próby organizacji wystaw nowego nurtu pomimo niepowodzeń tychże wystaw, głosów krytyki, braku nabywców obrazów, zalegania z czynszem, braku środków do życia i co najtragiczniejsze dla artysty - brakiem środków na farby, pędzle i płótna. Nawet, kiedy już wydawało się, iż Camille osiągnął powodzenie, jego obrazy miały dobre recenzje, znajdowali się nabywcy zaraz zdarzało się coś, co sprawiało, że karta losu się odwracała (kryzys na rynku, niepewna sytuacja polityczna, wojna z Prusami). A jednak mimo chwilowych zwątpień, mimo chorób, czy straty dzieci, mimo ciosu, jakim było wydziedziczenie najpierw przez ojca, potem pozbawienie wsparcia przez matkę, odwrócenie się brata, Camille nie stracił nadziei, że on i jego przyjaciele malarze zostaną docenieni, oraz że piękno świata, jakim chciał dzielić się z innymi zostanie przez nich dostrzeżone i przyjęte. 
Camille najbardziej lubił uwieczniać naturę, stąd większość jego obrazów to pejzaże. Nie brak wśród nich także widoków Paryża, Londynu czy Rouen, a także scenek rodzajowych oraz portretów. Są takie zwyczajne, pogodne, pełne życia, pastelowo barwne, pełne światła i powietrza; po prostu piękne. Są obrazem tego co widział i tego co czuł oraz tego co chciał w nich dostrzec. Pomimo krótkiego okresu eksperymentowania z puentylizmem był wierny impresjonizmowi, który umożliwiał mu wyrażanie uczuć.

Kobieta i dziecko
Uwielbiam czytać biografie pisane przez Stone: potrafią w doskonały sposób oddać klimat epoki, a także sprawić, aby człowiek, który jest ich bohaterem stał się czytelnikowi bliski i bardziej zrozumiały. Widać, że autor dokładnie się przygotował do pisania książki i przebrnął przez wiele dokumentów źródłowych, a jednocześnie ma odwagę budowania własnej wizji bohatera. A bohater to niezwykły, momentami denerwujący swą niefrasobliwością w niedostrzeganiu spraw przyziemnych, ale częściej budzący podziw w niezłomności w dążeniu do celu i wierności ideałom.  
Biografie Stone`a  gorąco polecam. Bezmiar sławy (liczący blisko osiemset stron) czytałam po raz trzeci i wciąż z ogromną przyjemnością.
Przeczytane w ramach wyzwania u Anny (stosikowe losowanie).
Ostatnie dni ciszy blogowej i braku aktywności spowodowane były brakiem dostępu do internetu i kłopotami zdrowotnymi. Te mam nadzieję, już za mną. Nie mogę jednak zaręczyć, że brak aktywności ulegnie zmianie w okresie najbliższych kilku lat, jakie dzielą mnie od najdłuższych wakacji życia. Choć oczywiście bardzo bym chciała. Liczę na wyrozumiałość wiernych czytelników. 

niedziela, 26 lutego 2017

Dymny. Życie z diabłami i aniołami. Monika Wąs

Książkę kupiłam na fali zainteresowania Piwnicą pod baranami, którą odkryłam dla siebie w zeszłym roku. Do dziś żałuję, że tak późno.
O Dymnym wiedziałam niewiele. Dlatego w sensie poznawczym lektura była bogatym źródłem informacji na temat osoby, którą nazywano Leonardem da Vinci czasów powojennych. Ci, którzy go znali,  twierdzili, iż gdyby tylko udało mu się skupić na jednej dziedzinie zainteresowań mógłby dokonać w niej bardzo dużo. Niestety podobnie jak renesansowy geniusz  parał się zbyt wieloma dziedzinami sztuki, żadnej nie oddając się na wyłączność. Pisanie krótkich form, współtworzenie scenariuszy, granie w filmie, występy kabaretowe, rysunki, fotografia, rękodzieło. Książka powstała z rozmów z przyjaciółmi i bliskimi, a także wertowania zasobów archiwalnych Filmoteki Narodowej, Akademii Sztuk Pięknych, zasobów radiowych a nawet IPN. 

Autorka wielokrotnie wspomina, iż pozyskane materiały, wiedza na temat Wieśka często sobie przeczą, ponieważ Wiesiek lubił kreować alternatywną rzeczywistość i tworzył różne wizje własnej biografii. Uwielbiał improwizować, lubił sytuacje niedookreślone, stąd ciężko wyodrębnić, która z opowiadanych przez niego, czy tych, którzy go dobrze znali, historii zdarzyła się naprawdę, a która została wymyślona. 
Czytając biografię przychodził mi na myśl film Wszystko na sprzedaż, w którym wszyscy wspominają nieobecnego aktora, a każde zdarzenie przedstawiane jest z różnych punktów  widzenia.  
Dymny był osobowością niezwykle bogatą i nieszablonową i niemal wszyscy wspominają go z podziwem i sympatią, choć niektórzy przyznają, iż obawiali się jego niepoczytalności, objawiającej się wybuchami agresji. Bywał awanturniczy i groźny, zwłaszcza po alkoholu, z którym miewał problemy. Miał jednak w sobie jakiś urok, który przyciągał do niego ciekawe osobowości powojennego świata kulturalnego i niezwykłe kobiety. 
Autorka przyjęła sobie za cel odnalezienie wszystkich wspomnień, każdego materiału i każdej opowieści o Dymnym i w książce zamieszcza je wszystkie wychodząc z założenia, że każda nawet wymyślona historyjka daje nam obraz niesamowitego człowieka. Być może przydałaby się pewna selekcja, ale rozumiem zamysł autorki.
Postać Dymnego obrosła dziś legendą, przy czym jest to legenda awanturnika i alkoholika, natomiast autorka poprzez dotarcie do przyjaciół, znajomych, rodziny przedstawia go także jako człowieka ciepłego, potrafiącego zatracić się w uczuciu, skromnego, bezkompromisowego, człowieka, który jak tlenu do życia potrzebował wolności i swobody. We wspomnieniach wielu osób pozostał właśnie taki. Pozostał też artystą. Dziś trudno byłoby nam wymienić choćby parę jego artystycznych dokonań; wiele jego dzieł spaliło się w pożarze, filmowe scenariusze były odrzucane, a twórczość kabaretowa żyje tylko we wspomnieniach jej uczestników i odbiorców. Sama nie miałam pojęcia, iż takie utwory, jak Czarne anioły, czy Konie apokalipsy są jego autorstwa. Autorka nie pomija też ciemnej strony jego osobowości. Powstaje portret wielowymiarowy; połączenie legendy z biografią. I mimo, iż autorka darzy swojego bohatera sympatią, to nie jest to obraz wyidealizowany.
Reasumując; ciekawa pozycja o niezwykle ciekawej osobie osadzona w powojennych realiach polityczno-historyczno- artystycznych. Jedyne czego mi zabrakło to stawiania własnych tez dotyczących portretu psychologicznego bohatera, jednak rozumiem, iż autorka wolała oprzeć się wyłącznie na materiale źródłowym. Ciekawym byłaby próba poszukania odpowiedzi, dlaczego był właśnie takim;człowiekiem, który budził sympatię, a jednocześnie odstręczał, którego się bano, ale i podziwiano. Wynik przeżyć wojennych, powojennej tułaczki, wychowania bez ojca, czy może jeszcze coś innego. Życiorys bohatera to gotowy materiał na scenariusz filmowy.
Przeczytane w ramach wyzwania u Anny (stosikowe losowanie)

Coraz rzadsza obecność w blogosferze to efekt pewnych zawirowań zdrowotnych, które mam nadzieję, dzięki rehabilitacji, staną się już niedługo przeszłością.